Cztery minuty

Najkrótsza randka na świecie

Darren
Cover Image

Czy pamiętacie swoje najkrótsze pierwsze spotkanie z innym chłopakiem? Ja pamiętam doskonale. Trwało równo cztery minuty. Podobno pierwsze randki rządzą się swoimi specyficznymi regułami. Różni specjaliści radzą, by w czasie tego typu spotkań zaniechać wielu rzeczy, na które ewentualnie miałoby się ochotę - jeśli oczywiście marzymy o następnych randkach z tym samym chłopakiem. Może to i prawda, a może nie - raczej nad tym się nie zastanawiałem. Wiem za to na pewno i Wy też o tym dobrze wiecie, że przed tymi nieszczęsnymi pierwszymi spotkaniami prawie wszyscy odczuwają mniejszą czy większą tremę. I jest to zupełnie normalne. Chyba że ktoś bardzo często umawia się na pierwsze randki - ma wtedy sporą szansę wpaść w rutynę, a gdy się wpadnie w rutynę, o strachu już raczej nie ma mowy.

Tak mają na przykład prezenterzy radiowi. Normalnego człowieka ściska w żołądku na samą myśl o tym, że miałby usiąść przed mikrofonem i powiedzieć w programie na żywo kilka słów do kilku milionów ludzi. Nienormalny człowiek, czyli prezenter, po prostu wchodzi do studia, siada i mówi z głowy tak długo, jak potrzeba, na przykład przez dokładnie 39 sekund. A potem wychodzi, je bułkę i słucha głupich dowcipów opowiadanych przez kumpli z redakcji, po czym znów w ostatniej chwili wpada do studia i zalicza kolejne bezbłędne wejście na antenę. Słuchaczom natomiast nawet do głowy nie przyjdzie, że tak to wygląda i że w ogóle tak można. Oczywiście, że można - to tylko kwestia rutyny. Trochę podobnie jest z randkami.

Jak to było z tą moją randką czterominutową? Już nie pamiętam dokładnie, który na czyje ogłoszenie odpowiedział. Chyba on na moje, a może odwrotnie. W trakcie dość krótkiej korespondencji zaufałem człowiekowi na tyle, że podałem mu swój numer telefonu. Chłopak któregoś razu zadzwonił do mnie. Jakiś taki bezbarwny był z głosu i w ogóle nijaki, ale w końcu umówiliśmy się na spotkanie w niedzielę koło piętnastej, bo czemu nie. Dosłownie kwadrans przed wyznaczoną godziną zadzwonił jeszcze raz i oznajmił, że spóźni się gdzieś tak z godzinę, bo ma w domu ważną uroczystość rodzinną. No, ponieważ uprzedził, odrzekłem, że w sumie nie ma sprawy i stawiłem się na poczcie o szesnastej. Tak, na poczcie, bo tam właśnie się umówiliśmy. Wiem, że to głupie, ale działo się to dawno temu, gdy znalezienie naprawdę fajnej knajpki graniczyło z cudem i jakoś ta poczta tak od razu przyszła nam do głowy. Zresztą miałem wtedy raptem 23 lata, co chyba wszystko tłumaczy.

Tak więc udałem się na tę nieszczęsną pocztę, stanąłem sobie parę minut przed szesnastą w otwartym całą dobę, obszernym holu, gdzie zawsze jest spory ruch, no i tak sobie stałem i stałem. I czekałem. Parę minut po szesnastej zauważyłem w kącie kolesia w czarnej, skórzanej kurtce, obciętego na jeża. Domyśliłem się, że to on, bo rysopis się zgadzał, ale pomyślałem, że nie podejdę pierwszy, bo w zasadzie dlaczego to ja mam wykonać pierwszy ruch. Niech on wykaże się cywilną odwagą. Ale nie był taki głupi i też nie kwapił się z zainicjowaniem kontaktu. No i sobie tak staliśmy w holu przez następne dziesięć minut i czekaliśmy nie wiadomo na co. W końcu się wkurzyłem, siarczyście zakląłem pod nosem, podszedłem do niego, rzuciłem na dzień dobry swoim stałym tekstem "ja to jestem ja, a ty to pewnie ty" i już wszystko było jasne.

Niezły był, w zasadzie w moim typie, tylko że jakoś mało rozmowny. Mam takie cholerne szczęście, że bardzo często trafiam na mało rozmownych chłopaków. I zawsze w tego typu przypadkach nie za bardzo wiem, jak i kiedy randkę w miarę sensownie oraz w miarę taktownie zakończyć. Tym razem jednak ten problem mnie ominął.

Szliśmy kawałek w kierunku jego samochodu. Coś tam powiedziałem, on też coś powiedział. Potem było milczenie. Aż w końcu wydusił z siebie, że właściwie nie za bardzo ma teraz czas, ale znowuż z drugiej strony możemy pojechać do niego do domu i tam czegoś się napić oraz pogadać. Już sobie wyobrażałem te rozmowy. Niewiele myśląc zaproponowałem, że może innym razem, a on na to nieoczekiwanie przystał, po czym podaliśmy sobie ręce i rozeszliśmy się w swoich kierunkach. Niesamowite! Trwało to wszystko raptem cztery minuty.

Jeżeli myślicie, że typek myślał tylko o tym, jak mnie wciągnąć do łóżka, to się mylicie. Jakiś później okazało się, że mamy wspólnych znajomych i wtedy przekonałem się, że tego typu numery są zupełnie nie w jego stylu.

Przez kilka następnych lat dostawałem od chłopaka regularnie dwa razy w roku standardowe kartki świąteczne z życzeniami. Ale nie mieliśmy już okazji pogadać przez telefon, zresztą zgubiłem jego numer, a on z kolei jakoś nie dzwonił. Nigdy też więcej nie spotkaliśmy się.