Poznam kolegę / kumpla / chłopaka

Jak i gdzie szukano kiedyś drugich połówek?

Darren
Cover Image

Słynny Grindr ma podobno ponad 2 miliony użytkowników na całym świecie, tak przynajmniej jego twórcy chwalą się na AppStore. Przyznaję szczerze, że pierwszy raz o tej randkowej apce usłyszałem w serialu Looking, i to w niezbyt chwalebnym kontekście, więc nawet nie chciało mi się jej instalować. Okazuje się, że niczego nie straciłem. Z dyskusji w jednej z grup na Facebooku dowiedziałem się, że coraz częściej na Grindrze są zakładane tak zwane profile wirtualne. Ich użytkownicy wysyłają chłopakom chamskie pogróżki podpisując się jako Front Narodowy albo Prawdziwi Polacy. Straszą, że mają czyjeś zdjęcia, które ujawnią wraz z odpowiednim komentarzem.

I pomyśleć, że jeszcze całkiem niedawno mieliśmy do dyspozycji tylko zwykłe ogłoszenia w gejowskich serwisach internetowych. Czy ktoś w ogóle jeszcze korzysta z tego sposobu na poznanie drugiej połówki? Wbrew pozorom tak. Na queer.pl, czyli najstarszej polskiej stronie dla gejów i lesbijek, jest obecnie około tysiąca ogłoszeń towarzyskich, w tym mniej więcej 500 w dziale "Ona szuka Jej" i jakieś 400 w dziale "On szuka Jego". Trzeba jednak zauważyć, że w tym samym serwisie jest jednocześnie założonych około 10 tysięcy profili. Ich użytkownicy mogą wysyłać do siebie wiadomości i należy domniemywać, że właśnie tą drogą, a nie poprzez ogłoszenia, jest zawieranych obecnie większość nowych znajomości.

Ćwierć wieku temu odbywało się to jeszcze inaczej. Internet był wówczas dostępny wyłącznie w wybranych ośrodkach akademickich, natomiast zwykli ludzie nawet nie wiedzieli o jego istnieniu. Nie było też oczywiście telefonów komórkowych, te miały w komercyjnej sprzedaży pojawić się dopiero kilka lat później. Jak wówczas się poznawano? Otóż na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku ukazywały się w naszym kraju trzy papierowe miesięczniki dla gejów. Pamiętam je jak przez mgłę. Wydawano je często z opóźnieniem, ale można było je kupić w większości kiosków. Z opowieści starszych kolegów wiem, że jedną z najczęściej czytanych w tych miesięcznikach rubryk była ta z anonsami. Drukowano je za darmo, lecz trzeba było wykazać się nie lada cierpliwością, bo na opublikowanie ogłoszenia czekało się nawet kilka miesięcy. Tyle w dawnych czasach trwał cykl produkcyjny tego typu pism.

Odpowiedzi na ogłoszenia można było przesyłać wyłącznie poprzez redakcje, nie publikowano bowiem prywatnych adresów ani numerów telefonów. Robiło się to tak: do koperty z adresem redakcji wkładało się mniejsze zaklejone koperty z odpowiedziami. Na każdej z tych mniejszych kopert należało jeszcze umieścić numer anonsu spisany z gazety, by było wiadomo, do kogo dany list ma trafić. Redaktorzy zbierali odpowiedzi na poszczególne anonse co najmniej przez kilka tygodni, a potem hurtem przesyłali je autorowi ogłoszenia w jednej dużej, szarej kopercie. Dzisiaj brzmi to jak bajka o żelaznym wilku, ale tak to kiedyś wyglądało. Od wysłania anonsu do poznania chłopaka mogło minąć nawet i z pół roku. Dziś nikt by tyle nie czekał.

Nie ma co specjalnie rozczulać się nad przeszłością ani ją gloryfikować - było jak było, natomiast warto zauważyć, że to wielotygodniowe oczekiwanie na drugiego faceta mimo wszystko miało pewne drobne zalety, chociaż dzisiaj pewnie mało kto by je docenił. Dziś zawieramy znajomości łatwo i szybko, i jeszcze prędzej je zrywamy z byle powodów. Kiedyś, gdy poznanie drugiego chłopaka nie było takie proste, nie traktowano tych znajomości tak lekko i powierzchownie. Ludzie bardziej się starali, byli bardziej wobec siebie wyrozumiali i cierpliwi, dawali sobie więcej czasu na wzajemne poznanie się. I myślę, że dzięki temu byli szczęśliwsi niż my teraz. No a poza tym - i to jest ta druga drobna zaleta długiego oczekiwania - nie od dziś wiadomo, że najbardziej ekscytujące jest samo dążenie do celu, a nie jego osiągnięcie. To akurat reguła, która wcale się nie zmieniła.