Greatest hits

Moja prywatna lista

Numer dziesięć – gdy skończyłem naukę w podstawówce. To było wspaniałe, czerwcowe, słoneczne przedpołudnie, jeśli dobrze pamiętam – sobotnie. Wydawało się, że nigdy się nie skończy. Zaraz po rozdaniu świadectw pobiegliśmy całą grupą na lody do małej kafejki przy Żurawiej. A potem jeszcze do kina Skarpa na Tootsie. Miałem zaledwie piętnaście lat, zaś w głowie – tysiące planów i pomysłów. I całe życie przed sobą.

Numer dziewięć – gdy pojechałem za pewnym mężczyzną daleko na południe. Pewnie nie zrobiłbym tego, gdyby nie jego kategoryczny list, w którym oznajmił, że koniecznie musi mnie osobiście poznać i że w związku z tym muszę do niego przyjechać. Początkowo nie chciałem, tłumaczyłem mu jak dziecku, że pieniędzy wystarczy mi ledwie na bilety na pociąg w obie strony (akurat byłem w finansowym dołku). Ale on nawet nie chciał o tym słyszeć, więc w końcu uległem i pojechałem. I ani się spostrzegłem, jak spędziłem w jego ramionach prawie cały tydzień. Trzeba przyznać, że był to chyba najbardziej romantyczny tydzień w moim życiu. Te urocze wysepki, woda płynąca leniwie wąskimi kanałami, te fikuśne mostki i latarnie. Facet naprawdę wiedział, jak przyprawić mnie o zawrót głowy (na moje nieszczęście, jak się później okazało).

Numer osiem – gdy zobaczyłem oryginalne wydanie singla Touch mojego ukochanego Eurythmics. Annie Lennox była w dzieciństwie moją wielką, platoniczną miłością. Zbierałem z zapałem wszystkie jej zdjęcia, głównie te z Razem, Na przełaj i Dziennika Ludowego. Najnowsze piosenki nagrywałem z telewizora na taśmowym magnetofonie. Na płyty nie było mnie stać, zresztą w tamtych czasach, na początku lat osiemdziesiątych, zdobycie ich w Polsce graniczyło z cudem. Aż tu nagle, w czasie pewnych zimowych ferii w Zakopanem, zajrzałem do obskurnego domu towarowego, a tam na małym stoisku z zachodnimi płytami ujrzałem za grubą szybą znajomą okładkę. Bardzo długo nie mogłem oderwać od niej oczu.

Numer siedem – gdy jako dzieciak leżałem na plaży w Sopocie Kamiennym Potoku i jadłem śmietankowe lody kupione u lodziarza. W tamtych czasach byli jeszcze prawdziwi lodziarze, ubrani w białe fartuchy, spacerujący po plażach i dźwigający białe pudła wypełnione po brzegi kostkami lodów. Nie masz pojęcia, ile moich wspaniałych wspomnień wiąże się z Trójmiastem, zwłaszcza z Sopotem i Gdynią. W dzieciństwie spędzałem tam nawet po kilka miesięcy w roku. Oddałbym wiele, by móc wrócić tam na stałe.

Numer sześć – gdy dowiedziałem się o ostatecznym przeniesieniu do rezerwy. Przez mniej więcej sześć lat żyłem w skrajnej niepewności. W zasadzie niewiele wiedziałem o armii – akurat tyle, co opowiadali mi o niej inni albo co przeczytałem w gazetach. Czułem po prostu, że w koszarach nie dałbym sobie rady. I to głównie psychicznie, a nie fizycznie. No i kto by pomyślał, że drobna wada wzroku może mieć także swoje dobre strony?

Numer pięć – gdy nosiłem na rękach mojego poprzedniego psiaka. Dostałem go, gdy miał zaledwie cztery tygodnie. Był maleńki, śpiący, ledwo trzymał się na łapkach. Gdy go wziąłem po raz pierwszy na ręce, wtulił czarny pyszczek w zgięcie mojej ręki i na przemian zasypiał, budził się i znów zasypiał. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że biedak przeżyje tylko cztery lata.

Numer cztery – gdy po raz pierwszy zobaczyłem Bagdad Cafe Percy Adlona. A działo się to wtedy, gdy lepsze filmy można było obejrzeć tylko i wyłącznie na Konfrontacjach (były to cieszące się ogromnym powodzeniem coroczne przeglądy filmowe, na których prezentowano to, co najlepsze w światowej kinematografii – to wyjaśnienie dla tych, którzy Konfrontacji nie pamiętają). Wiem, że zabrzmi to pretensjonalnie, ale Bagdad Cafe w pewnym sensie zmienił wszystko. Żaden inny film, żadna płyta, żadna książka (nie licząc Mistrza i Małgorzaty) nie wpłynęły na mnie w tak wielkim stopniu. Widziałem Bagdad Cafe przynajmniej z pięćdziesiąt razy. W zasadzie znam ten film na pamięć. Ponad dziesięć lat temu ukazał się na płytach DVD w zestawie z dwoma innymi filmami Percy Adlona. Po raz pierwszy i ostatni w Polsce. Ten box, co chyba oczywiste, stoi u mnie na jednym z honorowych miejsc.

Numer trzy – gdy czekałem na ciebie na pustych korytarzach wielkiej uczelni. Trzeba przyznać, że przesiedziałem na tych twardych krzesłach wiele godzin, w czasie gdy ty zdawałeś kolejne egzaminy. Ale wcale mi się nie nudziło i wcale nie chciałem być gdzie indziej. Wtedy jeszcze w nas obu wierzyłem. Dziś aż trudno mi w to uwierzyć.

Numer dwa – na razie brak.

Numer jeden – na razie brak.

2 razy skomentowano “Greatest hits

Dodaj komentarz