Czy przez telefon łatwiej się ze sobą dogadać?
Pierwszemu nigdy swojego numeru nie dałem. Głównie dlatego, że wtedy jeszcze nie miałem własnego telefonu. Ale to tylko część prawdy. Gdy się poznaliśmy, on właśnie zwalniał się z jakiejś dziwnej firmy i wcale nie miał zamiaru szukać nowej posady. Chciał po prostu sobie odpocząć. Bardzo odpowiedzialne podejście do życia. No, nieważne. Tak czy owak nie wypadało mi naciągać bezrobotnego na międzymiastowe, nawet jeśli był to bezrobotny na własne życzenie. Wyjście było tylko jedno: dzwoniłem, ile się dało, z własnej pracy. Nikt nigdy mnie nie przyłapał, dzięki Bogu.
Drugiemu numer dałem, ale nie od razu. Akurat telefonia stacjonarna przechodziła wtedy małą rewolucję. Pamiętam, jak któregoś razu z niemałym zdziwieniem odkryliśmy, że dzięki modernizacji central możemy do siebie dzwonić po prostu wybierając stosowny prefiks, bez pośrednictwa telefonistki. Co za niesamowite uczucie: wykręcasz numer i rozmawiasz. Wcześniej graniczyło to z cudem. Inna sprawa, że techniczne udogodnienia wcale nie przełożyły się na intensywność naszych kontaktów. W sumie rzadko do siebie dzwoniliśmy. A jeśli już, to raczej on telefonował do mnie, a nie ja do niego. Był taki czas, gdy naprawdę miło nam się rozmawiało. Z czasem to minęło. Wiem, że wciąż ma zapisany mój stary numer. Jakiś czas temu odezwał się niespodziewanie i proponował spotkanie. Po chwili wahania skłamałem, że mam grypę.
Trzeciemu mój numer na nic by się nie przydał, bo w czasie, gdy go poznałem, mieszkał w dwuosobowej męskiej komunie, w której najnowocześniejszym sprzętem był stary budzik. O telefonie można tam było tylko pomarzyć. Nawet nie proponowałem wymiany namiarów, bo nie było sensu. Kontaktowaliśmy się tylko listownie. A i tak nie było za wiele tych listów. W którymś z nich trzeci stwierdził, że musi mnie poznać osobiście. Tłumaczyłem mu jak dziecku, że nie mam kasy na żadne wyjazdy, ale się uparł. Obiecywał dach nad głową, jedzenie i miłe towarzystwo. No i w końcu uległem. To był bardzo poważny błąd, ale o tym przekonałem się dopiero po jakimś czasie. A najciekawsze jest to, że teraz to on od czasu do czasu odwiedza moje miasto. Oczywiście służbowo, nie inaczej. Za każdym razem dyskretnie o mnie wypytuje, ludzie mi potem powtarzają. Nigdy nie odważył się zadzwonić. Może dlatego, że nie dałem mu swojego numeru.
Trzeciego od czwartego dzieli technologiczna przepaść. Czwartego poznałem, gdy telefony komórkowe miała większość rodaków. On jeszcze nie, ale szybko nadrabiał straty. Najpierw dzwoniliśmy do siebie z ulicznych budek, które w tamtych czasach już nie wyglądały jak zardzewiałe klatki bez szyb. Potem przeszliśmy na nowocześniejszą łączność i wykorzystywaliśmy wszystkie możliwe komórkowe promocje, by dzwonić do siebie jak najczęściej. A gdy zmieniałem numer, bo stary znało już zbyt wielu ludzi, trafił mi się (jak ślepej kurze ziarno) numer nowy, który ma same zalety i tylko jedną wadę: nie da się go zapomnieć. Czwarty wie o tym najlepiej. To zabawne, że dziś, gdy czasem do mnie dzwoni, rozumiemy się lepiej, niż kiedykolwiek. Widać przez telefon łatwiej się ze sobą dogadać.