Sytuacja epidemiologiczna w Polsce już teraz jest zła, a najgorsze dopiero przed nami
Przekroczyliśmy wczoraj symboliczną granicę 10 tysięcy nowych zakażeń koronawirusem na dobę. Dziś padł kolejny rekord – ponad 12 tysięcy infekcji i aż 168 zgonów. Prawie na pewno za dzień czy dwa będziemy mieli co najmniej 15 tysięcy nowych przypadków dziennie. Co gorsza, w rzeczywistości zakażeń jest o wiele więcej, bo od pewnego czasu testy są robione w naszym kraju niemal wyłącznie osobom z wyraźnymi objawami COVID-19. W efekcie ci, którzy przechodzą zakażenie bezobjawowo, nie są w tych statystykach uwzględniani. Wygląda na to, że straciliśmy nad pandemią kontrolę.
W ostatnich tygodniach wiele razy słyszałem opowieści o nieudanych imprezach weselnych, planowanych pierwotnie na kilkaset osób, potem okrojonych do stu czy stu kilkunastu gości, na które ostatecznie przyjechało 10 czy 15 najodważniejszych osób. Stracone pieniądze, zniszczone marzenia, płaczące po kątach panny młode. I bardzo dobrze, myślę sobie, bo kto normalny urządza w obecnej sytuacji jakieś wiejskie potańcówki? Problemy z tego typu imprezami zostaną chyba jednak wreszcie rozwiązane. Z zapowiedzi i różnych przecieków wynika, że rządzący – po wielu tygodniach wahań – są zdecydowani zakazać w całej Polsce takich rodzinnych spędów. To oczywiście co najmniej o miesiąc za późno, ale lepiej późno niż wcale. Druga dobra informacja jest taka, że rządzący raczej nie ugną się pod presją właścicieli salonów fitness, basenów i siłowni, którzy urządzali demonstracje żądając zgody na ich ponowne otwarcie. Kategorycznie sprzeciwił się temu sanepid. Akurat siłownie czy kluby fitness to ostatnia rzecz, która jest teraz komukolwiek potrzebna.
Wszystko wskazuje na to, że od soboty cała Polska znajdzie się w czerwonej strefie. Dla mieszkańców tych regionów, które teraz są jeszcze w strefie żółtej, zmieni się jednak sporo, bo rządzący – poza rozszerzeniem strefy czerwonej – chcą zarazem wzmocnienia obowiązujących w niej obostrzeń, choć nie na taką skalę jak pół roku temu. Nie licząc zakazu organizowania uroczystości rodzinnych, z całą pewnością można się spodziewać, że w całym kraju wrócą kolejki przed wejściami do sklepów, bo będą w nich – tak jak wiosną – ponownie obowiązywały limity klientów. Co ponadto? Przekonamy się wkrótce.
Tak czy owak jedno jest raczej pewne: surowsze obostrzenia nie przyniosą od razu spektakularnych efektów. Na spadek liczby zakażeń jeszcze długo poczekamy. Zgodnie z modelem matematycznym, opracowanym przez naukowców z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego, do końca grudnia możemy spodziewać się 30 tysięcy nowych przypadków dziennie. Realna liczba zakażeń może jednak w tym czasie sięgać nawet 200-300 tysięcy na dobę. Jak pisze w obszernym tekście Dziennik Gazeta Prawna, analitycy szacują, że zakażenie wirusem przeszło dotąd około 1,6 miliona Polaków. Do marca przyszłego roku ma je mieć za sobą ponad połowa populacji w kraju.
Postscriptum
Zakaz stacjonarnej działalności barów, restauracji i innych lokali gastronomicznych, zakaz spotkań i zgromadzeń powyżej pięciu osób, ograniczenia w przemieszczeniu się osób powyżej 70. roku życia i nauka zdalna w starszych klasach szkół podstawowych – takie nowe restrykcje będę obowiązywały od soboty, 24 października. Zgodnie z zapowiedziami, cała Polska znalazła się w czerwonej strefie, co między innymi oznacza całkowity zakaz urządzania wesel i innych rodzinnych uroczystości. Rządzący nie wykluczają, że na tych obostrzeniach się nie skończy, jeżeli sytuacja epidemiologiczna w najbliższych tygodniach będzie się wciąż pogarszać. – Dziś płacimy rachunek za letnie zaniedbania, ale uczmy się na błędach i patrzmy w przyszłość. Sezon COVID-19 potrwa do maja, więc tę drogę trzeba dobrze i mądrze zaplanować – uważa wirusolog prof. Krzysztof Pyrć z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

