Czy jesienią przestaniemy bać się koronawirusa?
Wystarczyła sama zapowiedź otwarcia galerii handlowych, kilka wyjątkowo ciepłych dni oraz w perspektywie długi, majowy weekend, aby na ulice znowu wrócili ludzie. Może to nie są jeszcze takie tłumy, jakie pamiętamy sprzed dwóch miesięcy, ale z całą pewnością centra polskich miast przestały być opustoszałe. Najwyraźniej wracamy do normalności – cokolwiek będzie ona teraz oznaczać. Tylko czy nie dzieje się to trochę za szybko?
Zaraz po świętach wielkanocnych przestały obowiązywać przepisy pozwalające wychodzić z domu tylko do sklepu, apteki, lekarza czy z psem na krótki spacer. Nadal jednak trzeba zachowywać w „przestrzeni publicznej” dwumetrowy dystans od innych osób, należy też zakrywać maseczkami, chustkami lub szalikami usta oraz nos. Tyle teoria, bo w praktyce bywa z tym bardzo różnie. Jeszcze dwa tygodnie temu, gdy wchodziły w życie „maseczkowe” przepisy, prawie wszyscy stosowali się do nakazu zasłaniania ust i nosa. Teraz to się zmieniło. Sporo ludzi olewa te i inne zasady. Na przykład w większych sklepach mało kto stara się zachować dystans, zresztą w wielu marketach przejścia między regałami są tak wąskie, że nie da się nie otrzeć o innego człowieka. O utrzymaniu odstępów między ludźmi nie ma w takich miejscach nawet mowy.
Władze chwalą się, że liczba nowych infekcji oraz przypadków śmiertelnych utrzymuje się od kilkunastu dni na mniej więcej stałym poziomie, co oznacza, że każdej doby statystyki są bardzo podobne: notuje się średnio 300-400 przypadków zakażeń i średnio 20-30 zgonów na COVID-19. Co więcej – liczba osób, które codziennie zdrowieją, lekko przewyższa liczbę nowych osób, u których jest wykrywany wirus SARS-CoV-2. Chyba zatem mieli rację ci specjaliści, którzy twierdzili, że pandemia nie będzie się u nas rozwijać tak gwałtownie jak na południu Europy, ale za to rozciągnie się w czasie, być może na długie miesiące.
W tej sytuacji zasadne jest pytanie: po co władze tak spieszą się z otwieraniem galerii handlowych? Zwłaszcza, że pierwotnie planowano to w późniejszym okresie. Na pewno w jakimś stopniu tę decyzję wymusiło lobby związane z handlem. Podobno w marcu sprzedaż w polskich sklepach spadła – w porównaniu z tym samym okresem sprzed roku – o jakieś 9 procent, co oczywiście organizacje handlowe natychmiast przedstawiły jako katastrofę na miarę armagedonu i podniosły wielki krzyk. Teraz będzie wielkie parcie na to, by te „gigantyczne” straty odrobić. To jednak nie takie proste. W galeriach handlowych będzie obowiązywał ten sam limit klientów, co w innych sklepach, czyli maksymalnie jedna osoba na 15 metrów kwadratowych powierzchni handlowej. Dodatkowo nie będzie można w galeriach przesiadywać na ławkach, zamknięte pozostaną wszystkie bary, kawiarnie oraz stoiska poustawiane na korytarzach między sklepami. W praktyce oznacza to, że możliwość szwendania się godzinami bez celu po tego typu obiektach zostanie mocno ukrócona. Trzeba też pamiętać o tym, że ludzie nie będą już tak skłonni do beztroskiego wydawania pieniędzy jak jeszcze kilka miesięcy temu. Właściciele sklepów i galerii handlowych mogą zatem zapomnieć o szybkim i łatwym zarobku.
W ramach drugiego etapu znoszenia ograniczeń i wprowadzania tak zwanej „nowej normalności” od 4 maja – poza galeriami handlowymi – będą też mogły działać hotele, ale bez basenów i siłowni, a także muzea oraz biblioteki. Otwarcie tych ostatnich mało kogo jednak ekscytuje i trudno się dziwić. Muzeów w zasadzie w ogóle można było na czas pandemii nie zamykać – poza najbardziej znanymi placówkami większość z nich i tak świeciła pustkami. I jeszcze jedna zmiana: od 6 maja samorządy będą mogły otwierać żłobki oraz przedszkola. Co będzie potem? Co przewidziano w kolejnych etapach odmrażania gospodarki? Okaże się to pewnie za jakieś dwa tygodnie.
Według rządowych ekspertyz na przełomie lipca i sierpnia w Polsce ma być około miliona osób zainfekowanych koronawirusem, czyli tak zwanych nosicieli. W tym samym czasie ma nastąpić szczyt zachorowań na COVID-19, ale pod warunkiem, że uda na się do tego czasu zachować izolację na obecnym poziomie. Szacuje się również, że wczesną jesienią, mniej więcej na przełomie września i października, odporność na koronawirusa miałoby nabyć około 22 milionów Polaków. Gdyby tak się stało, można byłoby znieść większość obowiązujących aktualnie ograniczeń.