Trump kontra Biden – wkrótce wszystko się rozstrzygnie
Amerykańska społeczność LGBT – jak chyba żadna inna – pragnie zmian w Białym Domu. Urzędujący prezydent wdał się w walkę ideologiczną i od pewnego czasu próbuje ograniczać prawa mniejszości seksualnych, choć w przeciwieństwie do naszych władz działa po cichu i bez zbędnego rozgłosu. Co prawda starania Trumpa udaremnił przed kilkoma miesiącami amerykański Sąd Najwyższy, który wydał decyzję jednoznacznie zakazującą jakiejkolwiek dyskryminacji w miejscach pracy ze względu na płeć, orientację i tożsamość płciową, ale i tak groźba dalszej ofensywy przeciwko LGBT jest wciąż realna. Nic więc dziwnego, że mobilizacja po stronie demokratów jest o wiele wyższa niż cztery lata temu. Wiele wskazuje jednak na to, że to nie środowiska liberalne będą miały decydujący wpływ na wyborczy wynik. O ewentualnej ponownej wygranej Trumpa zdecydują biali, słabo wykształceni robotnicy.
Paradoksem jest to, że amerykańska, tradycyjna klasa robotnicza cztery lata temu tak mocno poparła republikanów – partię bogaczy i milionerów. Wydawałoby się przecież, że naturalnym sprzymierzeńcem robotników powinni być lewicowi demokraci. Jak to się stało, że robotnicy, którzy kiedyś na nich głosowali, zaczęli się od lewicy stopniowo odwracać? Na łamach Przeglądu, w arcyciekawej analizie dotyczącej przedwyborczego układu sił w Stanach, Jakub Dymek pisze, że wielu z tych białych, niewykształconych wyborców ma za złe demokratom, że w ferworze walki o równe prawa dla wszystkich obywateli po prostu o ich społeczności zapomnieli. Oskarżają demokratów o to, że ich działania doprowadziły do tego, iż zostali wyrzuceni poza rynek pracy.
Uważają nierzadko, że postęp dokonuje się ich kosztem. Że aby zapewnić szacunek, uznanie i równość wszystkim dotychczas dyskryminowanym grupom: gejom i lesbijkom, muzułmanom i imigrantom, kobietom i dziewczynkom, trzeba będzie kogoś pominąć. Można krytykować bezduszny społeczny darwinizm leżący u podstaw tego myślenia, ale faktem jest, że amerykańskie media i elity przedstawiają politykę jako wieczną grę o prestiż, uznanie i uwagę. W tym sensie demokratyczne elity, chcąc dobrze, same dołożyły się do problemu, który dziś potępiają jako falę rasizmu. Dave Mitchko z Pensylwanii, który rozmawia o tym z reporterami „New York Timesa”, tłumaczy to następująco: im bardziej ludzie naznaczają go i wytykają jako „rasistę”, tym mniej ma ochotę słuchać lewicy w ogóle.
Publicysta zwraca uwagę, że amerykańscy demokraci stracili białą klasę robotniczą i że muszą ją odzyskać, by odsunąć Trumpa od władzy. Czy uda im się to 3 listopada?
Według ostatnich, niedzielnych sondaży, Biden utrzymuje nad Trumpem aż dwucyfrową przewagę. Wszystko jeszcze jest możliwe.